sobota, 16 maja 2026

Gronostaje i granty

Felieton stanowi osobistą refleksję nad współczesnym środowiskiem akademickim, widzianym przez pryzmat doświadczeń związanych z kilkoma polskimi uczelniami prywatnymi. Tekst nie jest próbą całościowej oceny nauki ani wszystkich instytucji akademickich, lecz subiektywną obserwacją napięcia między ideą poszukiwania wiedzy a organizacyjną rzeczywistością części uczelni funkcjonujących w logice parametryzacji, wizerunku i przetrwania instytucjonalnego. Jednocześnie felieton podkreśla, że mimo rozczarowań związanych ze strukturami akademickimi sama nauka i badania nadal mogą dawać głęboką satysfakcję poznawczą oraz pozostają jedną z najcenniejszych form ludzkiego doświadczenia intelektualnego.

 

„Dlaczego nie pracujesz na uczelni?”

To pytanie wraca do mnie regularnie. Czasem w formie troski. Czasem zdziwienia. Czasem wręcz lekkiego oskarżenia, jakby dystans wobec instytucji akademickich był czymś podejrzanym albo wymagającym usprawiedliwienia. A przecież odpowiedź jest dość prosta.

Każdy zdrowy człowiek prędzej czy później uczy się rozpoznawać środowiska toksyczne. Dotyczy to relacji, firm, organizacji, a czasem także instytucji, które publicznie mówią językiem wartości, misji i rozwoju człowieka, ale operacyjnie funkcjonują według logiki handlowej, feudalnej albo czysto wizerunkowej.

Współczesna uczelnia coraz częściej przypomina organizację, która z jednej strony ubiera się w gronostaje nauki, etosu i autorytetu, a z drugiej działa jak korporacja walcząca o punkty, granty, sloty, parametryzacje i akademicki marketing. Problem nie polega nawet na samym rynku — bo rynek jest rzeczywistością. Problem zaczyna się wtedy, gdy instytucja przestaje być zainteresowana prawdą, a zaczyna być zainteresowana głównie własnym przetrwaniem, pozycją i produkcją pozorów.
Wtedy nauka staje się dekoracją.
Czasem mam wrażenie, że część środowiska akademickiego przypomina teatr, w którym wszyscy odgrywają role ludzi poszukujących wiedzy, choć realna energia systemu skierowana jest gdzie indziej: na hierarchię, zależności, widoczność, cytowalność, kontrolę dostępu i wzajemne legitymizowanie własnej ważności. Najbardziej ironiczne jest to, że im bardziej system mówi o „krytycznym myśleniu”, tym mniej toleruje ludzi naprawdę niezależnych poznawczo. Można być kreatywnym, o ile kreatywność mieści się w granicach grantowego formularza. Można być odważnym, o ile odwaga nie narusza lokalnego układu. Można mówić o innowacyjności, pod warunkiem że nikomu ważnemu nie zrobi się poznawczo niewygodnie.

I właśnie dlatego czasem zdrowsze jest trzymanie dystansu

Nie z pogardy wobec nauki. Wręcz przeciwnie. Właśnie z szacunku do niej. Bo nauka nie jest budynkiem. Nie jest tytułem przed nazwiskiem. Nie jest ceremoniałem ani gronostajem. Nauka zaczyna się tam, gdzie człowiek nadal potrafi zadawać pytania, nawet jeśli są nieopłacalne. Tam, gdzie dane są ważniejsze od hierarchii. Tam, gdzie można powiedzieć „nie wiem” bez ryzyka utraty twarzy. Tam, gdzie myślenie nie jest podporządkowane instytucjonalnej autopromocji.
Paradoksalnie więc można być bardzo blisko nauki, pozostając daleko od części środowiska akademickiego.
I może właśnie dlatego coraz więcej ludzi szuka dziś wiedzy poza murami uczelni — nie dlatego, że odrzucają wiedzę, ale dlatego, że próbują ratować jej sens.

Nauka nadal potrafi dawać ogromną satysfakcję

A jednocześnie — i to jest może najważniejszy paradoks — prawdziwa nauka nadal potrafi dawać ogromną satysfakcję. Nie tę instytucjonalną, wynikającą z tytułów, punktów czy akademickiego prestiżu, ale znacznie głębszą: poznawczą. Jest coś niezwykle poruszającego w chwili, gdy człowiek zaczyna rozumieć zjawisko, dostrzegać zależności albo odkrywać, że rzeczywistość jest bardziej złożona, niż wcześniej zakładał.

Badania uczą pokory wobec danych, cierpliwości wobec własnych hipotez i odwagi przyznawania się do błędu. Dają też rzadkie doświadczenie kontaktu z czymś autentycznym — z momentem, w którym nie chodzi już o wizerunek, lecz o rzeczywiste poszukiwanie odpowiedzi. I być może właśnie dlatego warto oddzielać naukę od części jej instytucjonalnych deformacji. Bo nawet jeśli niektóre struktury rozczarowują, sama potrzeba rozumienia świata nadal pozostaje jedną z najbardziej ludzkich i fascynujących rzeczy, jakie istnieją.

Warto jednak uczciwie zaznaczyć, że jest to opinia subiektywna, oparta wyłącznie na fragmentarycznych doświadczeniach i obserwacjach związanych z kilkoma polskimi uczelniami prywatnymi. Nie stanowi ona całościowej diagnozy środowiska akademickiego ani oceny wszystkich uczelni. Byłoby intelektualnie nieuczciwe przenoszenie pojedynczych doświadczeń na cały system, ponieważ obok miejsc rozczarowujących istnieją również środowiska wartościowe, uczciwe poznawczo i autentycznie zaangażowane w rozwój nauki oraz ludzi.

I byłoby skrajnie niesprawiedliwe, gdybym pominął drugą stronę tego doświadczenia. Bo to właśnie dzięki uczelniom poznałem wielu znakomitych ludzi — kreatywnych, błyskotliwych, odważnych poznawczo. Ludzi, którzy mimo systemowych absurdów nadal próbowali naprawdę uczyć, inspirować i myśleć. Jedni walczyli z systemem codziennie, inni momentami z nim przegrywali, by później odzyskiwać siebie na nowo. Spotkałem też autorytety, na których zajęciach siedziałem niemal oczarowany — nie dlatego, że mieli tytuły, ale dlatego, że potrafili uruchamiać myślenie. Byli wykładowcy, po których zajęciach człowiek wychodził poznawczo „rozebrany”, zmuszony do zadawania sobie nowych pytań. I może właśnie te spotkania sprawiają, że mimo całego krytycyzmu nadal trudno mi całkowicie odwrócić się od świata nauki. Bo obok instytucjonalnych deformacji istnieją tam również ludzie, którzy przypominają, po co nauka w ogóle powstała.


0 komentarzy:

Prześlij komentarz